"Polityki" nie kupowałam już od wieków. Ostatnio wciągnęło mnie "Wprost", ale ponieważ nie znalazłam go dziś w sklepie, sięgnęłam po dawno zapomniany tygodnik. Starym zwyczajem powędrowałam najpierw na strony poświęcone szeroko pojętej kulturze. I od razu natrafiłam na świetny artykuł Justyny Sobolewskiej "Nocą pisze się zbyt łatwo" o przyzwyczajeniach najbardziej znanych pisarzy, natręctwach towarzyszących im w procesie pisania, zwyczajach, które kultywują podczas pracy twórczej. Mnóstwo tam ciekawostek i angdotek, ale najbardziej przypadła mi do gustu porada Janusza Rudnickiego, która wg mnie pasuje nie tylko do pisania, ale także do śpiewania:
"Nigdy po alkoholu. (Dlatego w kraju piszę tak mało). Próbowałem oczywiście, ale na drugi dzień czytałem toto z takim uczuciem żenady, że nie było innego wyjścia, musiałem zatopić je, to uczucie, alkoholem. Człowiek sobie myśli, że władcą kosmosu jest, co dopiero jakichś tam much, że potencję twórczą ma taką, że przeleciałby nawet dziurę ozonową. A tu jakieś porozrzucane chaotyczne, poskręcane, drewnianie wióry, albo jakis gulasz gotowany na zupełnie niestrwanej, bezbrzeżnej arogancji. Piłeś? Nie pisz".
Trafiło mnie dzisiaj dość nieprzyjemnie, gdy w Trójeczce było o zbliżającej się 25 rocznicy awarii reaktora w Czarnobylu. 25 lat temu, ćwierć wieku temu, w pytę lat temu ... a ja... a ja to pamiętam!!! Jeny, czas leci nieubłaganie. Ćwierćwiecze już mnie dopadło dawno temu. I naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że w tym roku kończę lat 31, tylko tak jakoś to groźnie zabrzmiało. Może też gdzieś w zakamarkach podświadomości przypomniało mi się to uczucie strachu, bezsilności i zupełnego niezrozumienia tematu, które dopadło mnie, wtedy sześcioletnią dziewczynkę. Ta nocna pobudka i jazda na pogotowie, obawa przed wyjściem na podwórko, jakiś irracjonalny strach przed czymś bliżej nieokreślonym, niepojętym, odległym; zdenerwowanie rodziców i ogólna atmosfera napięcia. "Nie chcę więcej takich dni..." jak śpiewał Michał Bajor.
...
"Neron" Aleksandra Krawczuka skończony. Książka, która przez kilka lat poniewierała się po półkach, której etiologii nabycia zupełnie nie mogę sobie skojarzyć, okazała się fascynującą lekturą. Okazało się, że autor to znany historyk starożytności i nie brakuje mu talentu literackiego. Opowieść o Neronie wciąga i nie nudzi. Sięgnęłam do swojego nieprzebranego zapasu ebooków i okazało się, że mam znacznie więcej pozycji tego autora, co zamierzam oczywiście wykorzystać. Polecam z całego serca, bo oprócz faktów historycznych, pełno w książce anegdot, ploteczek i dygresji, narracja prowadzona jest ze swadą i wciąga od pierwszej strony.
Mieliśmy wczoraj po raz kolejny okazję oglądać sztukę wystawianą przez Teatr Polonia, który w osobie Krystyny Jandy zagościł w białostockich dramatycznych progach. Sztuka "Ucho, gardło, nóż" wg Vedrany Rudan to świetny tekst okraszony świetnym aktorstwem. Historia Tonki Babic, Serbki która na swoje nieszczęście znalazła się w samym środku bałkańskiego piekła, to słodko gorzka opowieść o tym, co wojna potrafi zrobić z człowiekiem- rozbić go psychicznie, zdeprawować, zniszczyć moralnie, a wszystko to w imię sztandaru i bliżej nieokreślonych idei. Zachwycająca Janda w mistrzowski sposób interpretująca niezwykły tekst, w jednej chwili od śmiechu doprowadza do łez i smutnych refleksji. Tak jak w życiu.
Kto ma ucha, niechaj słucha. Moi przyjaciele dostali się do programu "Śpiewaj i walcz"- eliminacji do opolskich debiutów. Koniecznie musicie ich posłuchać i zagłosować. Nie ma innej możliwości!
Pozwólmy wreszcie przebić się prawdziwej muzyce i utalentowanym muzykom z duszą.
Na Baltusa trafiłam czytając kilka dni temu "The Dying Animal" by Philip Roth. Gdzieś się przewinęło w tekście nieznane mi nazwisko i bum-kolejne malarskie olśnienie.
"A little thing, maybe five foot one, and she pulled off her sweater and showed me her tits, revealing the adolescent torso of an incipiently transgressive Balthus virgin, and of course we slept together. All evening long, much like a young girl escaped from the perilous melodrama of a Balthus painting into the fun of the class party, Miranda had been on all fours on the floor with her rump raised or lying helplessly prostrate on my sofa or lounging gleefully across the arms of an easy chair seemingly oblivious of the fact that with her skirt riding up her thighs and her legs undecorously parted she had the Balthusian air of being half undressed while fully clothed."
O ludzie! Już marzec! Kiedy, gdzie, jak? Nie było mnie tu dwa tygodnie. Bo ponuro było, bo było źle. Ale jest już lepiej. Nowy początek? Czy tak się da? Oby. Trzeba wysiłku, trzeba kompromisów, zaangażowania.
A ja już mam nową płytę Poluzjantów! Od dni kilku, ale dopiero dzisiaj udało mi się wrzucić ją w samochodowy odtwarzacz. I już śpiewał mi z rana Kuba Badach o miłości, o tym, że świat gna za szybko i że za wiele mamy niepotrzebnych gratów, które zamiast uczuć wypełniają nam życie. Miło, przyjemnie, może nie tak odkrywczo i świeżo jak na pierwszej płycie sprzed lat dziesięciu, ale w Poluzjantowym stylu tak wyczekiwanym.
Pozycja obowiązkowa.
Liczę, że wkrótce zjawią się na koncercie w Białymstoku.
Jeśli nic Wam nie świta w główkach- nie przejmujcie się. Nie są to postacie z żadnego kanonu lektur szkolnych, a już tym bardziej nie z klasyki światowej prozy. Kitka i Pompon to przybysze z kosmosu (choć nie z poczciwej i tchnącej sentymentalizmem Matplanety). Te różowo- niebieskie stworki przybyły na Ziemię, by eksplorować nasze zasoby fauny. Ulokowały się sprytnie w jakimś angielskim, podmiejskim zoo i podglądają nasze ziemskie zwierzątka, dzieląc się nabytą wiedzą z rzeszami małolatów oglądających kanał Mini Mini w nieprzyzwoitych dla pracujących dorosłych godzinach.
W zasadzie nie byłoby o co bić piany, bo bajka owa w porównaniu z innymi wytworami wyobraźni chorych twórców animacji dziecięcej, jest całkiem przyzwoita. Zastanowił mnie tylko dzisiejszy odcinek, w którym poszukujący przygód i rezolutny Pompon natknął się w zoo na niespotykany do tej pory obiekt, a mianowicie na wielką kupę. Dodam, że bajka łączy komputerową animację (czyli głównych bohaterów i ich statek), z normalnym obrazem filmowym, tak więc rzeczona kupa była ukazana w całej swojej krasie. Ale gdyby tylko o jedną kupę chodziło ... . Pompon, niebieski dociekliwiec, chciał dowiedzieć się koniecznie, kto pozostawił po sobie tę wielką kupę gnoju :).
Ponieważ w pobliżu nie było sprawcy, bystry kosmita postanowił poszukać w zoo innych kup i metodą dopasowywania odnaleźć właściciela opisywanej pozostałości. Dzieci mogły więc obejrzeć kupy w najróżniejszych rozmiarach i kształtach- mniejsze, większe, bardziej lub mniej kolorowe. Gdy pod koniec bajeczki udało się wreszcie ustalić, że monstrualne gówienko pozostawił po sobie łoś, Pompon, który zwykł po każdym swoim nowym odkryciu uwieczniać je, zapewne dla swych potomnych kosmicznych krajan, narysował siebie, a obok swoją wielką kupę. Okraszone to zostało soczystym pierdnięciem w wykonaniu przemiłej koleżanki Pompona- Kitki.
Lubię ciepłe, piękne filmy o tym, że w życiu się udaje, że życie to nie zombieland, że każdy może się odnaleźć, choć się zagubił i że to jest naprawdę możliwe. "Julie & Julia" ze świetną Meryl Streep i Amy Adams takim właśnie filmem jest. Rozbawił mnie i "rozpłakał" pozostawiając z ciepłymi myślami w środku grudniowej nocy. Polecam! Świetne kino.
Wczoraj pochmurną polską jesień rozwiał poryw kalifornijskiej oceanicznej bryzy, a wszystko to w chwili gdy Richie Kotzen wkroczył na scenę warszawskiej Progresji i i dotknął strun swojej gitary. Promując swoją nową płytę Richie pierwszy raz zawitał w Polsce i sądząc po tym, jak niezwykle optymistycznie został przyjęty przez swoich fanów, na pewno zechce tu jeszcze wrócić.
I świetnie. Bo warto posłuchać i zobaczyć genialnego muzyka w akcji. Richie i jego gitara to zupełna jedność, a świetny wokal dopełnia tylko całości. Gdy popłynęły pierwsze dźwięki, wiedziałam już, że tego koncertu nie da się już zapomnieć. Bo Richie, jak powiedział mój kolega P., to "stage animal" i ze świecą kogoś takiego szukać na polskiej scence muzycznej. Perfekcyjny w każdym calu, a jednocześnie niezwykle ekspresyjny i spontaniczny- mieszanka wybuchowa talentu i seksu. Więcej dodawać nie trzeba. Bo w Richiem można się zakochać ... uwierzcie. Wrażliwy z niego chłopak, o czym świadczą teksty i muzyka, a jednocześnie diable spojrzenie .... Sam przecież śpiewa : "I'm doing what the devil says to do" :). Czegóż chcieć więcej- po prostu kwintesencja rockendrollowca.
A po koncercie i czterech bisach Richie (lekko zmęczony :) wyszedł by podpisywać płyty. I udało się zagadać i zrobić zdjęcie. No pięknie było ... .
Czy lubicie animacje? Czy lubicie DOBRE animacje? Jeśli tak to zachęcam do obejrzenia świetnej Madame Tutli Putli. Ta 17-sto minutowa produkcja jest po prostu zachwycająca. Namawiam gorąco.
Co może rozproszyć ponurek (ponury ranek)? Zakochanie albo dobra muzyka. Dziś z rana w aucie pożyczony od W. Leszek Możdżer wdarł się w szarość ulic i mokrość powietrza torpedą cudownych dźwięków. Urzekająco, przepięknie, wzruszająco!
Wróciłam do niedoczytanych "Zeszytów literackich" z Wiosny 2009, a tam piękna korespondencja Józefa Czapskiego ze Zbigniewem Herbertem i nawiązanie do jego wiersza "Tarnina".
.
Wbrew najgorszym przewidywaniom wrózbitów pogody
-szeroki klin polarnego powietrza wbity pod nasadę w powietrze-
wbrew instynktowi zycia świętej strategii przetrwania
-inne rośliny z namysłem zbieraja siłę do skoku
i na czarnych liniach frontu gromadzą paki przed atakiem-
zanim Prospero podniesie rękę
tarnina rozpoczyna solowy koncert
w zimnej pustej sali
.
ten przydrozny krzew łamie
zmowe ostroznych
i jest
jak piękni młodzi ochotnicy
którzy giną w pierwszym dniu wojny w nowiutkich mundurach
Bruno to właściwie moje odkrycie roku, a zawdzięczam to I.nnej, która wrzuciła pewnego dnia na swego bloga piosenkę "Les Temps des Cathedrales" z musicalu "Notre Dame de Paris", śpiewaną właśnie przez Bruna Pelletier. No i cóż, stało się - miłość od pierwszego przesłuchania. Choć co by nie mówić, Bruno to także kawał niezłego ciacha :)
Ku mojemu najszczerszemu zdziwieniu i radości, ostatnim koncertem inaugurującym 260-lecie nadania praw miejskich mojemu miastu, był występ Matta Dusku. Kiedy się o tym dowiedziałam, myślałam, że z podekscytowania chyba zwariuję. Wydawało się to niewiarygodne, że w moim mieście będzie można za free posłuchać tego cudnego artysty.
.
Wczorajszy koncert zaczynał się o godz. 21. Popędzałam mojego męża, który jak zwykle ociągał się przed wyjściem ładując sprzęt fotograficzny, baterie, karty itp., chciałam bowiem zająć jak najlepsze miejsce. Koniec końców dotarliśmy na miejsce o 20:45 i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zamiast tłumów pod sceną, zastaliśmy zaledwie kilku ciekawskich. Wiele osób rozsiadło się w sporej odległości od sceny, zajmując ławeczki i schody ogromnego rynku znajdującego się w środku naszego miasta. Szczęśliwa więc jak nigdy, pociągnęłam męża aż pod samą scenę. I tak, w odległości zaledwie 5 metrów od sceny, z niecierpliwością oczekiwałam na rozpoczęcie koncertu.
.
Po oficjalnych przemówieniach zapowiedziano wreszcie Matta Duska, który wszedł na scenę tuż za swoim zespołem. Od razu zaskoczyło mnie, że jak na mężczyznę jest zupełnie niewielki i dużo bardziej chłopięcy niz na teledyskach, które widziałam. Matt zaśpiewał piosenki ze swojej pierwszej i drugiej płyty, dając tym samym świetny koncert, bowiem muzycy, którzy mu towarzyszyli to także artyści nie pierwszej wody. Nie mogłabym sobie darować, gdybym po koncercie nie poszła za kulisy w nadziei na spotkanie Matta. Po godzinie oczekiwania udało się. Drżącym głosem, zupełnie jak podniecona nastolatka wyklepałam coś w stylu "Your show was amazing. Thanks for the music. Here in Bialystok we're simply craving for such good concerts and it was great pleasure listening to You and Your band ...". L. zrobił nam zdjęcie (także kilka podczas koncertu) i taka rozanielona zakończyłam ten wczorajszy cudowny wieczór.
.
Fajnie, że sporo osób przyszło, żeby obejrzeć koncert, choć podobnie jak było z Lurą, większość nie wiedziała czego się spodziewać. Zapewne, żeby grał Feel, rynek pękałby w szwach, a rozentuzjazmowany tłum wyrywał by sobie włosy z głowy, ale i tak sporo osób odnalazło ogromną przyjemnośc w słuchaniu tej wymagającej muzyki. Świadczy to tylko o tym, że polski rynek muzyczny i większość stacji radiowych zyskałyby promując artystów grających muzykę bardziej szlachetną niż plastikowy pop i szablonowy rock. Polski słuchacz nie jest bowiem baranem i zna się na dobrej muzyce.
"There are people who were born to do certain things, people who would not be themselves having no chance of fullfilling their destiny. Those are geniuses. People determined to act and to create, people tormented with their constant pursue towards perfection, towards making real the ingenius ideas crowding in their minds. . They are the essence of creation. Having touched the invisible and inaccessible levels of humanity, closing themselves to the higher conciousness, they leave the trace for the ordinary rest to follow, so we can make ourselves better by tasting those crumbles of ultimate beauty left for us behind on their way."
.
Tych kilka niezwykle górnolotnych słów nakreśliłam niemalże dokładnie dwa lata temu, a inspiracją była Beyonce. Większość pomyśli w tym momencie, że ma do czynienia z jakąś szaloną nastolatką, której światek muzyczny zamyka się na serwowanych w eskach albo innych zetkach muzycznych papkach. Zdawać by się mogło, ale kto jak kto, Beyonce nie jest zwykłą gwiazdką pop. I choć na początku właśnie na to się zanosiło, rozwijając swoją karierę dowiodła, że jest świadomą siebie, niezwykle utalentowaną artystką. Dowodem niech będziechociażby koncert Beyonce Experience, który właśnie miałam przyjemność obejrzeć.
.
Mogę śmiało powiedzieć, że to jeden z lepszych koncertów jakie widziałam, i w żaden sposób nie da się go porównć do ogladąnych przeze mnie koncertów jej koleżanek po fachu- wliczając w to także Christinę Aquillerę. Co w Beyonce cenię najbardziej, to jej ogromna niezależność, dzięki której ma ona wpływ na wszystko co się dzieje w jej muzycznej i filmowej karierze. Jest autorką swoich piosenek, współprodukuje swoje płyty, dzięki czemu nie jest kolejną muzyczną wydmuszką na światowej scenie. Strasznie też lubię jej silny feminizm, czemu daje wyraz w tekstach piosenek, albo chociażby w fakcie, że jej zespół muzyczny składa się tylko i wyłącznie z kobiet.
.
Beyonce śpiewa i tańczy znakomicie. Połączenie obu tych czynności jest niezwykle trudne, zwłaszcza gdy śpiewa się na żywo, a nie oszukuje jak to najczęściej robi np. Britney Spears. Spektakl pełen jest oczywiście erotyzmu, ale to jest tylko pikantny dodatek do perfekcyjnego wykonawstwa. Zresztą trudno by było Beyonce strugać niewiniątko, skoro to osoba niezwykle seksualna ("Quenn B is gonna sting" :) Jednak pod tym wszystkim jest pełen profesjonalizm, ogrom pracy i wytrwałości, no i nietuzinkowa postać, która już dawno wymknęła się spod definicji gwiazdki pop.