wtorek, 2 listopada 2010

Głos z zaświatów i fal(k)a inspiracji

Tak, tak, mówię o Tobie Bordo! Przeczytałam Twój komentarz i od razu zachciało mi się napisać. Bo z inspiracją u mnie to ostatnio jest tak, że jej nie ma. Zapodziała się bidulka w gąszczu spraw codziennych, w bieganinie i na polu bitwy, zaszyła się gdzieś szczelnie, i ani widu ani słychu. Czasem wpadnie coś do głowy, przelotnie, na moment, za krótko by znaleźć długopis i zapisać. Jak zmusić się do zatrzymania choć na chwilę? Nie wiem.

A tu zapomniany Bordo wpada na bloga, i coś pisze, nie wiem jeszcze nawet co :) Nieważne. I dziwne, że ktoś tu ciągle zagląda, gdy nawet właścicielka popadła w dziurę bez dna. Dzięki, to zachęcające, nawet jeśli niezamierzone.

Z innej beczki:
Zakupiłam I tom Dzienników Mrożka- gratka, czekają na otwarcie.

"Gwiazdka Laury"- jedyna na Mini Mini bajka z prawdziwie równouprawnionymi postaciami, gdzie Tatuś zmywa naczynia, Mama jest  wiolonczelistką i czasem wyjeżdża na koncerty do Nowego Jorku, rodzicie potrafią się pokłócić i nie wszystko jest różowe, choć zawsze z happy endem. Zaskakujące.

Czy mam komu pisać? Bo jakoś nie lubię sobie a muzom...

piątek, 17 września 2010

Obejrzane

Wczoraj miałam niewątpliwą przyjemność obejrzeć dwie naprawdę niezłe produkcje, które szczerze polecam. Dobre kino akcji i pełnokrwisty film kostiumowy, czyli ni mniej, ni więcej Salt i Robin Hood. 

Salt zaskakuje na każdym kroku i można Angelinę Jolie wyzywać od wieszaków i chudzielców, ale nikt jej nie odbierze talentu i uroku, a scenariuszowi dynamiki i świeżości. Świetne, żywe kino akcji. 

Robin Hood by Ridley Scott to kolejne podejście do tematu złoczyńcy z lasu Sherwood, i tym razem chyba najbardziej udane. Odarte z cukierkowości, brutalne, prawdziwe. No i rewelacyjny Russel Crowe oraz nie ustępująca mu na krok Kate Blanchett.

czwartek, 2 września 2010

Biurowa koegzystencja

Podczas całego dzisiejszego dnia w naszych pracowniczych obowiązkach towarzyszyła nam mucha. Późnoletnia mucha, która nie zdążyła umrzeć przed zapowiadającymi jesień ulewami, i zaczaiła się sprytnie w naszym biurze. Mucha zwykle  źle się kojarzy- drażni swoim lataniem, upierdliwym bzykaniem nie daje spać, a poza tym, jak to było w piosence kabaretu "Potem"- "mucha to jest zwierzę głupie co siada na kupie". I z tym wszystkim każdy się zgodzi, ale nasza mucha biurowa to okaz wyjątkowy. 

Nie wiem czy w swoim życiu zaliczyła jakąś kupę, ale jeśli nawet tak, to zapewne usiadła tak, żeby innym koleżankom nie przeszkadzać. A po czym to wnioskuję? Już wyjaśniam- nasza mucha lata od monitora do monitora, grzeje odnóża przesiadując na ekranie, ale ... (tu fakt świadczący o niezwykłości tego danego osobnika) nasza mucha siada tylko w lewym bądź prawym górnym rogu ekranu. Zapewne nauczona doświadczeniem, usadawia się tak, aby nie przeszkadzać właścicielowi monitorowi, dzięki czemu nie naraża się na uporczywe zgonienia czy też próby morderstwa.

Urodziny

Wczoraj drugie urodziny Domka. 
Łzy w oku mi się zakręciły, gdy mój zuszek zdmuchiwał świeczki na swoim urodzinowym torciku. Dla tych, co dzieci nie mają, takie urodziny i związane z nimi wspomnienia to zwykły banał. Dla rodziców, a mam zwłaszcza, to reminiscencja chwil porodu i uczuć, które wtedy zaprzątały umysł. To historia o tym, jak z nieporadnej istotki wyrasta mały człowiek. To przypomnienie, że nic nie trwa wiecznie i radość, że dane jest nam uczestniczyć w tym skomplikowanym procesie tworzenia życia. 
Wszystkiego najpiękniejszego synku!

sobota, 28 sierpnia 2010

Pochmurno

Pochmurne śniadanie, światło ledwo przenika do pokoju. Śniadanie w półmroku- zupełne zaprzeczenie idei porannego posiłku. Rano człowiek powinien budzić się do życia, a nie nurzać w szarzyźnie, która zachęca tylko do tego, żeby wejść pod koc i znowu zasnąć. I te poranki juz na mnie czekają, juz straszą, już przygnębiają ...

"Inception" wczoraj w kinie. Leo, ciekawa fabuła, świetnie zrealizowane kino, mnóstwo pepsi i przeżarcie popcornem- czyli wszystko czego oczekuję od wyjścia do kina.

piątek, 27 sierpnia 2010

Poziomy i piony

Niechybnie idzie jesień. Deszcz pada, wiatr wieje i chce się cokolwiek napisać na blogu. Stwierdziłam, że poprzedni szablon bloga jednak zupełnie mi nie odpowiadał, więc zrobiłam się na bordowo-fioletowo-czy-tam-jakoś i może natchnie mnie to do częstszego zaglądania w te rejony. Zwłaszcza, że jakiś natręt ciągle klika mi "nudę", a tego znieść nie mogę.

Zastanawiam się czy zdołam poukładać się w głowie, czy wraz z powolnością stonowanej jesieni wróci mi harmonia, czy wręcz przeciwnie (jak to zresztą zwykle bywa) wszystko się pogłębi, wdrąży, okrąży, zaciśnie, pognębi. Nie wiem. Pewnie wiele zależy ode mnie samej, od mojego nastawienia, od pozytywnych rzeczy, które będę uskuteczniać, by poziom melancholii nie zatopił poziomu optymizmu. No więc nie ma bata- muszę kupić sobie czerwone oficerki. Tak jak w zeszłym roku fioletowe kozaki. Pomogły ;)

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Bie....ga......nie.............

Hmmm, bieganie. Ile było mówienia o tym, myślenia, planowania. Aż w końcu nadszedł ten poranek, w którym decyzja została podjęta. Pierwszy cel osiągnięty. Choć pewnie gdyby nie propozycja W., aby zrobić to razem, plan nie został by nawet napoczęty. Z szafy wyciągnięty został zakurzony strój aerobikowy , nietykany od niemalże trzech lat, zupełnie jak przejrzała stara panna. Hmmm, przyznać trzeba, że wówczas leżał troszkę lepiej niż dziś. Ale nie czepiajmy się szczegółów. Wszak po to zabiera się za aktywność fizyczną, by dążyć do ideałów- tak przynajmniej jak na razie jest w moim przypadku. Ale zaskakująco, po tej całej bieganinie, jeszcze żyję; mało tego, jest 22:22, a ja jeszcze mam siłę i ochotę by cokolwiek pisać. Cel drugi więc zaliczony- mam więcej energii i chęci do życia. Na jak długo- to się okaże. A przede wszystkim- jak długo uda mi się wytrwać? Mam bowiem ostatnio problem ze słomianym zapałem, i dzięki wielkie, że daleko jesteśmy od rosyjskich pożarów, bo w innym przypadku spłonęłabym już dawno ze wstydu i suchoty. Kończąc ten nieskładny post życzę sobie wytrwałości .... czegokolwiek miałaby ona dotyczyć.

P.S. I mam cichą nadzieję, że W. w końcu przestanie zaklikiwać mnie nudą.

P.S. 2 I jeszcze jedno- jestem realistką- wiem, że jutro będę zdychać z tej radości.

czwartek, 6 maja 2010

Suicidal rainbow

Poranek mokry, rzęsiście ulewny, spływający strugami po szybach auta. Stoję na czerwonym, przez przejście przechodzi młoda dziewczyna. Szarość otoczenia rozświetla parasolem we wszystkich kolorach tęczy. I tylko ten Kotzen wydziera się z płyty: "ain't no cure for suicide mind"...

sobota, 1 maja 2010

Z niezastąpionego New Yorker'a

Piaskownica

Wydaje nam się, że czas, gdy byliśmy młodsi i ganialiśmy po podwórku, był czasem zupełnej beztroski, zabawy, słodkiego lenistwa. Też tak sądziłam. Do chwili gdy zaczęłam z Domkiem bywać na dzielnicowym placu zabaw, który w godzinach popołudniowych roi się od dziewczynek i chłopców "beztrosko" marnotrawiących swój wolny, "poszkolny" czas. Otóż okazuje się, że plac zabaw to tak naprawdę pole walki, nieraz nawet dosłownej gdy w ruch idą patyki i sypany garściami piasek. W głównej mierze jest to jednak pole walki społecznej, próba odszukania swojego miejsca w małym społeczeństwie podwórkowym. 

Wystarczy jedna chwila, by zauważyć, która dziewczynka z gangu rządzi, a której nie lubią koleżanki. Niektóre z nich to najzwyklejsze "robotnice" noszące za królową jej manatki, inne sprzeciwiają się systemowi nagminnie negując władzę monarchini. Bywa też ruch oporu, chowający się gdzieś pod zjeżdżalnią. Są też bystre obserwatorki nie biorące udziału w tej całej aferze, przyglądające się z boku szare myszki z pluszowymi zabawkami w ramionach. Generalnie zasadą jest również to, że pozycja społeczna może być szybko zachwiana, gdy w grę wchodzą łapówki w postaci cukierków bądź innych łakoci. Prestiż podnosi także posiadanie np. komórki. Albo jeszcze lepiej ... chłopaka. Tylko że podwórkowe miłostki bywają niezwykle niestałe. Na przykład wczorajszy amant "zaliczył" trzy dziewczynki nim zszedł z drabinek. 

Dzieci w piaskownicy dzielą się za sobą najróżniejszymi informacjami, częściowo zasłyszanymi w domu, których treści nie rozumieją, albo wręcz przeciwnie, po swojemu ją interpretując. Dowiedziałam się wczoraj, że na świecie bywa tak, że czasem chłopiec kocha chłopca, a dziewczynka dziewczynkę, ale nie mi w tym nic złego- takie życie.

I w tym całym rozgardiaszu podwórkowym, w tej całej walce o władzę i przywództwo plącze się mały Dominik. Z zachwytem obserwuje zjeżdżające na ślizgawce dzieci, włazi na drabinki podpatrując resztę towarzystwa, dzieli się swoimi zabawkami, pokazuje dzieciom z ekscytacją lecący samolot. Za mały  jeszcze na te personalne rozgrywki, na razie bacznie się przygląda. Gdzie zajmie miejsce? Czy będzie prowodyrem czy popychadlem? Czy będzie zalotnikiem czy nieśmiałym chłopaczkiem z sąsiedztwa? Czas pokaże gdzie zaprowadzi go piaskownica.